Stowarzyszenie Klub pod Baobabem we Wrocławiu istnieje od 1989 r., tj. od 24 lat. Skupia on zesłańców Sybiru, którzy po układzie Sikorski–Majski z 30 lipca 1941 r. zostali uratowani przez gen. Władysława Andersa i w 1942 r. przez Persję (Iran) i Indie zostali skierowani do ówczesnych kolonii brytyjskich w południowej i wschodniej Afryce (Uganda, Kenia, Tanganika – ob. Tanzania, Rodezja Północna – ob. Zambia, Rodezja Południowa – ob. Zimbabwe oraz Republika Południowej Afryki). Przebywało tam ponad 18 tys. ludzi przez okres 5–8 lat. Do Polski wróciło ok. 3 tys.

Warto w tym miejscu zaznaczyć, że w wyniku układu Sikorski–Majski Związek Radziecki opuściło przeszło 116 tys. ludzi, z czego ponad 78 tys. stanowili żołnierze, którzy później utworzyli II Korpus gen. Andersa (był wśród nich mój ukochany brat Czesław, który później zginął pod Ankoną w sierpniu 1944 r.). Ludność cywilna liczyła 38 tys., z czego połowa to dzieci. Rozproszyła się po całym świecie: w Persji, następnie w Libanie, Indiach, Nowej Zelandii, Australii, Argentynie, Kanadzie, Anglii i wspomnianej wcześniej Afryce. Stany Zjednoczone nie przyjęły zesłańców…

W zjeździe światowym w 1992 r. udział wzięło 371 osób, w tym 194 z zagranicy, ze wszystkich stron świata.

W dniach 5–8 września 2013 r. Zarząd Stowarzyszenia zorganizował XIV już Zjazd „Afrykańczyków” we Wrocławiu.

Konieczne jest przypomnienie początków organizowania się i działalności Klubu pod Baobabem.

Zaczęło się od tego, że red. Sienkiewicz z Gdańska, który przez dłuższy czas przebywał w Afryce, natknął się tam na polskie cmentarze z lat 1942–1948. Informację o tym fakcie opublikował w regionalnej prasie jako wielką sensację. Notatkę przedrukował red. Smoczyński w „Kurierze Polskim”. W odpowiedzi do „Kuriera Polskiego” napłynęła lawina listów od „Afrykańczyków”. W latach 1983–1984 były one drukowane w rubryce „Szkoła pod Baobabem”, potem zaprzestano ich publikowania.

W 1988 r. – po odpowiednich staraniach – do Warszawy udały się 3 „Afrykanki”: Zofia Daniszewska, Jadwiga Buczyńska i Alicja Zmaczyńska, by przejąć korespondencję z adresami. Ja – Zofia – przez całą noc z najwyższym wzruszeniem segregowałam listy na poszczególne osiedla w Afryce, a przecież rano trzeba było iść do pracy…

Należało wysłać ok. 200 listów, a więc odręczne pisanie nie wchodziło w rachubę. Papier, kalka były nieosiągalne. Wszystkie maszyny do pisania, matryce i powielacze (spirytusowe – ręczne) w zakładach pracy kontrolowali wyznaczeni pracownicy, a każdy druk kierowany na powielacze osobiście podpisywali dyrektorzy. Maszyn prywatnych prawie nie było.

A jednak! W najbardziej konspiracyjnych warunkach listy zostały wysłane (po kilka dziennie, na różnych pocztach, na własny koszt). Zaprzyjaźniona osoba załatwiła to z zaprzyjaźnioną maszynistką, która ryzykowała bardzo wiele, choć sprawa całkiem niewinna. Umowa była taka, że zapłata nastąpi w naturze, tzn. mają być 3 czekolady, 0,5 kg kawy, paczka rodzynek, butelka oliwy z oliwek, puszka kakao, coś tam jeszcze. Na szczęście mogłam „płacić” na raty. Najłatwiej poszło z czekoladą: za kartki żywnościowe na 3 czekolady musiałam oddać kartki na 2 butelki wódki. Kawę i kakao miał Pewex, ale skąd dolary? Jakoś udało się kupić. Inne rzeczy zdobyłam w Hali Targowej – to taki wrocławski pl. Różyckiego.

Teraz do mnie runęła lawina listów. Radość i euforia!

Odezwali się wrocławianie, ale nie tylko. Wszystkie zebrania odbywały się w moim mieszkaniu, przeciętnie co 2 tygodnie. Powstał 15-osobowy Komitet Założycielski w celu zarejestrowania Stowarzyszenia, gdyż żadna inna forma działalności nie wchodziła w rachubę.

Po zarejestrowaniu w Wydziale Spraw Obywatelskich Urzędu Wojewódzkiego i w Sądzie Wojewódzkim Klub uzyskał zezwolenie na zorganizowanie zjazdu. Otrzymał też specjalne zaświadczenie umożliwiające zakup: 10 dkg szynki na 1 uczestnika, 1 butelki wina na 4 osoby, 1 kostki masła na 6 osób, 1 kg cukru na 10 osób, 1 paczki kawy na 8 osób itd.

I Zjazd „Afrykańczyków” odbył się we Wrocławiu 27–28 maja 1989 r. Uczestniczyło w nim 187 osób – wszyscy z Polski. Wszyscy mieli przypięte szpilkami karteczki z imieniem i nazwiskiem i co najważniejsze, „dziewczyny” – z nazwiskiem panieńskim. Po przeszło 40 latach! To były radość, euforia i wzruszenie nie do opisania.

Bo Afryka dla nas wszystkich była jakby przejściem z dna piekieł do raju. Najpiękniejszy okres życia…

Oprac.: Zofia Kłusek-Daniszewska, sekretarz Klubu pod Baobabem

Click to listen highlighted text!