Zaproszenie uczniów klas szóstych Zespołu Szkół nr 15 w Gdyni na spotkanie przyjąłem z obawą. Moje wątpliwości budził wiek uczniów. Zazwyczaj spotykamy się z uczniami klas gimnazjalnych i licealnych, z którymi kontakt i rozmowa są łatwiejsze.

U progu szkoły naszą delegację przywitały trzy dwunastoletnie, odświętnie ubrane dziewczynki i nagle zrozumiałem – przecież ja w tym wieku zostałem z rodziną wywieziony na Sybir. Gdy będę z nimi rozmawiał i przekazywał tak, jak to odczuwałem w chwili wywózki, trafię do ich serc i umysłów. W czasie licznych spotkań przekonałem się, że aby być zrozumianym, należy z uczniami rozmawiać prostym, łatwym językiem, ponieważ II wojna światowa jest dla nich tak odległa, jak dla nas bitwa pod Grunwaldem.

Na spotkanie przybyła wraz ze mną Alicja Łazarska, której droga syberyjska była krótsza, „szczęśliwsza”, ponieważ udało się jej wyjechać wraz z liczną rodziną z armią gen. Władysława Andersa, oczywiście z licznymi tragicznymi przygodami. Drugą towarzyszącą mi osobą był Jan Okulicz, który na Sybir został wywieziony z Wileńszczyzny w maju 1948 r.

W asyście naszych przewodniczek weszliśmy do klasy pełnej rozgadanej młodzieży. Przywitał nas i przedstawił dyrektor szkoły Bogdan Zajdziński wraz z opiekunem klasy Karolem Kieszkiem.

Z racji wieku pierwszy zabrałem głos. Choć takie spotkania z młodzieżą nie są dla nas pierwszyzną, rozpocząłem ostrożnie. Z czasem zauważyłem, że dzieci słuchają mojej opowieści z uwagą. Ze względu na czas musiałem się ograniczyć do kilku tragicznych momentów mojego życia. Wybrałem fragment wywózki na Sybir.

„13 kwietnia 1940 r. około godz. 4 rano do naszego domu wkroczyli sołdaci na czele z oficerem NKWD, który nakazał natychmiastowe pakowanie i wyjazd. Na pytanie płaczącej mamy odpowiedział: »czego ty beczysz, my ciebie do męża wieziemy«. Ileż musiało być w nim obłudy, skoro wiedział, że w tym samym okresie mój tata, kpt. Bolesław Ryziński, był mordowany w lochach charkowskiego NKWD.

Ja, z młodszym bratem Józiem, pakowałem potrzebne nam rzeczy. Mama płakała. babcia chora leżała w łóżku, z którego sołdat próbował ją kolbą karabinu »podnieść«.

Pod domem stały furmanki, które zawiozły nas na stację kolejową, gdzie czekały już wagony towarowe z narami do spania. Takie wagony można zobaczyć w Centrum Edukacji i Promocji Regionu w Szymbarku.

Nigdy nie zapomnę przejazdu naszego transportu przez Lwów. Mieszkańcy Lwowa zgotowali nam wspaniałą, spontaniczną manifestację serca. Przez zakratowane okna wagonów podawali nam chleb i cukier oraz inne produkty żywnościowe. Pomimo zakazów konwojentów wiele żywności udało się nam wziąć.

Gdy pociąg ruszył, zgromadzony tłum zaintonował Mazurka Dąbrowskiego, żegnano nas płaczem i śpiewem. My również płakaliśmy, zagubieni i przerażeni. Tak żegnała nas Polska, tak żegnał nas Lwów.

Ruszyliśmy w drogę, która dla wielu tysięcy Polaków była ostatnią. Nigdy z zesłania nie wrócili”.

Na zakończenie tej opowieści musiałem wyjaśnić, dlaczego ja, dwunastoletni chłopiec, musiałem z dziecka w ekspresowym tempie stać się dorosłym. Mama, piękna, młoda kobieta, po konserwatorium muzycznym, pianistka znająca kilka języków (tylko nie rosyjski), nie była przygotowana do tego twardego życia, jakie nas czekało. Pamiętam, że gdy byliśmy już na Syberii, na widok spokojnego byka bała się i płakała, choć wiedziała, że te zwierzęta są spokojne.

Drugi tragiczny fragment mojego życia, to śmierć mojej mamy.

„Wczesną wiosną 1944 r. od kilku dni nic nie jedliśmy, czekała nas śmierć głodowa. Leżeliśmy na piecu w półśnie, pod oknem naszej ziemianki zobaczyłem kołchoźniczki, które odkopywały ziemniaki z kopca. Ostatnim wysiłkiem nałożyłem płaszcz mamy (byłem obdarty) i poszedłem do wozu, gdzie kołchoźniczki ładowały kartofle. Nerwowo zacząłem im »pomagać«, a chodziło mi jedynie o to, aby ukraść kilka ziemniaków. Kobiety same były głodne i dobrze rozumiały moje rozpaczliwe wpychanie ziemniaków do rękawów. W tym okresie byliśmy ostatnią rodziną żyjącą w kołchozie i może dlatego udawały, że tego nie widzą. Te kilka ziemniaków uratowało nam życie.

Niestety w kwietniu tego roku moja kochana mama zmarła z wycieńczenia i głodu. Chyba czując, że musi odejść, ostatnią noc przeznaczyła na długą rozmowę z nami. Matczyne przykazania do dzisiaj pamiętam, jednak najważniejsze – to, żebyśmy po prostu byli dobrymi ludźmi, żeby z naszego powodu nikt nie płakał. Sami z Józiem pochowaliśmy mamę na miejscowym cmentarzu, pełnym patyków z gwiazdkami na nagrobkach, a wśród nich kilka brzozowych krzyży zmarłych Polaków. Zostaliśmy sami, na obcej ziemi, babcia zmarła w 1942 r.”.

Na twarzyczkach blisko siedzących dziewczynek spostrzegłem łzy. To mnie utwierdziło, że dotarłem do ich młodych serc, że długo będą pamiętać nasze spotkanie.

Następnie głos zabrała nasza koleżanka Alicja Łazarska, która w barwny sposób opowiedziała o swoich tragicznych przeżyciach. Z Syberii, przez Indie, do Afryki – droga do wolności usiana była mogiłami. Choroby i głód dziesiątkowały uchodźców. „W Kermine, którego nazwa po uzbecku znaczy Dolina Śmierci, koczowaliśmy pod drzewami, oczekując na transport. Pamiętam doskonale cmentarz polski, który przez ruchome wydmy piaskowe był jakby rozmyty, zasypany piaskiem. Ostatecznie szczęśliwie dotarliśmy do obozów w Afryce”. Tu Ala opowiedziała o życiu obozowym, choć trudnym ze względu na klimat, ale już byli syci i wolni: „W szkole nie było podręczników, nauczyciele wykładali z pamięci lub pisali na tablicy zadania. Mama opiekowała się pięciorgiem naszego rodzeństwa. Wszyscy szczęśliwie wróciliśmy do Polski”.

Jan Okulicz krótko z braku czasu – dwie lekcje przeleciały bardzo szybko – opowiedział o powojennej deportacji z terenów Wileńszczyzny:

„Zostałem deportowany w maju 1948 r. wraz z rodziną z miejscowości Łataweny (województwo wileńskie) do Kraju Krasnojarskiego. Do Polski wróciliśmy w grudniu 1956 r. Sama wywózka przebiegała podobnie jak w latach poprzednich. Jako małe dziecko niewiele pamiętam z tego okresu, ale wyrwanie nas z rodzinnego domu, do którego już nigdy nie wróciliśmy, było okrutnym przeżyciem”.

Na zakończenie tej niezwykłej lekcji historii od uczniów otrzymaliśmy po pięknej róży i laurkę własnoręcznie wykonaną. Natomiast ja, w imieniu gdyńskich Sybiraków, wręczyłem młodzieży książki z dedykacją.

Te łezki, skrzętnie skrywane, były największą nagrodą za nasze spotkanie, coś zostanie w tych młodych sercach na całe życie.

Od kilku lat współpracujemy z kilkoma szkołami, jesteśmy zapraszani na lekcje historii.

Klasa szósta Zespołu Szkół nr 15 w Gdyni Klasa szósta Zespołu Szkół nr 15 w Gdyni w czasie szczególnej lekcji historii prowadzonej przez gdyńskich Sybiraków

Oprac.: Aleksander Ryziński

Click to listen highlighted text!